Archiwum czerwiec 2005, strona 1


cze 27 2005 tabularezka
Komentarze: 2

W czerwcowej „lamie” świetny tekst Konrada Lewandowskiego „Tabularezka”, naprawdę cacko z dużym ładunkiem ukrytym wewnątrz. „Ojciec odchodzi” Piotra Czerskiego też niezłe, szczególnie fragmenty o tym, że „nie ma nadziei dla Jana Pawła II” – fraza, która krąży po programach telewizyjnych i radiowych, jak szatański pomruk. Dreszcz mi przeszedł przez plecy, jak to czytałem.

Wywiad z Kazią Szczuką (ładna okładka z nią wyszła) właściwie już zapomniałem, nic nie pamiętam z niego, hmmm... Andy na płycie i na fotografii. W środku Mark Amerika i jego hiperteksty, literatura wirtualna, interaktywne manifesty – znacznie ciekawiej ten temat zrobił rok temu Ha art., dodając antologię tekstów, tu – naukowsze.

Fajny tekst o powojennym alkoholizmie w Polsce. Polska wyszła z II wojny św. rozbita i rozpita – brzmi bodajże pierwsze zdanie. A potem piła dalej, a bimber był tańszy niż kawa. A tzw. autorytety patrzyły z pobłażaniem, bo same chlały. Ton pobłażliwego uśmieszku porozumienia do pijaków skończył się w prasie (analizowany jest konkretnie „Przekrój”) dopiero za Gomułki.

Zdecydowanie „Tabularezka” bije całą resztę na głowę. Zresztą w grudniowej Lampie KL też miał świetny tekst. Oto fragmencik „Tabularezki” na smaka:

 

„Jęknęła znowu, przeciągle i bardziej gardłowo. Orinex zaczął działać, podniecenie szybko rosło. Odwróciła się gwałtownie, uklękła przed nim, spróbowała ssać jego penisa, ale nie pzwolił jej na to. Za chwilę podniecenie będzie zbyt wielkie, mogła ugryźć. To samo dotyczyło pocałunków w usta. Pozwolił jej tylko lizać swoje kolana o stopy, po czym chwycił za ramię i popchnął na łóżko. Położyła się natychmiast, rozchylając uda i unosząc biodra. Pod wpływem orinexu stała się niemal piękna, oczy jej zogromniały, piersi wyprężyły się, uniosły, skóra na nich zaczęła drżeć, spomiędzy warg sromowych wysunęła się nabrzmiała łechtaczka. Nareszcie mógł przestać zmuszać się do seksualnego zainteresowania. Położył się obok niej, zaczął dotykać i stymulować. Wiła się, krzyczała z podniecenia, traciła zmysły w oczekiwaniu na rozkosz. Zaczęła szeptać coś w swoim języku, nie wiedział w jakim, ale z intonacji i gestów domyślił się, że chce by w nią wszedł. Był już gotów, ale powstrzymywał się jeszcze przez dwie, trzy minuty, bo Claudia Ellena z pewnością byłaby niezadowolona.

I chyba było to nieuniknione. Dawka orinexu okazała się zbyt duża. Tabularezkę zabił już pierwszy orgazm. Po niecałych trzydziestu sekundach penetracji zakrzyczała gwałtownie, wygięła w łuk, wciągnęła głęboko powietrze i już go nie wytchnęła. Jej płuca i serce zamarły z rozkoszy na zawsze.

Oczywiście nie zdążył skończyć, ale zsunął się z niej czym prędzej. Nie miał ochoty tego robić z trupem, któremu za chwilę puszczą zwieracze. Był zły na siebie. Tabularezka powinna była żyć jeszcze z dziesięć minut i przetrzymać co najmniej siedmiokrotny orgazm. Wyglądało na to, że miała znacznie większy naturalny temperament niż wskazywała jej przeciętna uroda. Należało ją skalibrować przed użyciem i precyzyjniej dobrać dawkę orinexu. Doprawdy, Claudia Ellena miała prawo pogniewać się za tak ewidentne zaniedbanie. Na domiar złego partnerskie uwarunkowanie Claudyna generowało najwyższy dyskomfort psychiczny w reakcji na niezadowolenie żony. Poczucie winy przesublimowało w gniew na tabularezkę. Uznał, że dziwka nie zasługuje na żadną reanimację. Wcisnął przycisk interkomu, polecił uprzątnąć zwłoki i zupełnie przybity poszedł do pokoju Claudii Elleny. Miał nadzieję, że zostanie ukarany szybko, bez demonstracyjnego okazywania odrzucenia, gdyż to przy jego typie uwarunkowania partnerskiego byłoby najgorszą torturą.”

 

klemens : :
cze 25 2005 rozmnożenie kronopiów
Komentarze: 1

Jestem tu. Jestem tu moja Kirke. Rano jest. Jasno. Ptaszki nadawają. Wróciłem z akwarium.

Dostałem od mojej grupy kubek, że jestem kronopio i koszulkę, że jestem z Beskidzkiego. Nie powiedziałem im tego, ale to jest jeden z rodzajów miłości, naprawdę, to co jest do nich ode mnie. Nie za bardzo wiem, jak to sformułować, jak to zrobić, żeby nie było dziwne.

Boże, jakie to jest wszystko! Wracałem z Darkiem F. przez miasto. Założyliśmy przedwczoraj grupę artystyczną i z przyjemnością sobie gadaliśmy o tym.

Granie na skrzyniach w Akwarium. Upojność. Jestem Odyseuszem Kronopiem. Z Beskidzkiego.

klemens : :
cze 24 2005 Uśmiech czarodziejki Kirke
Komentarze: 1

Początek pieśni I, w tłum. Andrzeja Sosnowskiego:

 

I wnet poszliśmy na okręt,

Kil nawy na fale, z brzegu na zbożne morze, i

Maszt stawiamy i żagiel na ten czarny okręt,

Owce na pokład wnosimy, i nasze ciała

Ciężkie od łez, a wiatr od rufy

Niesie nas w morze z wybrzuszonym żaglem,

Kirke to gra, pięknie trefionej bogini.

 

And then went down to the ship,

Set keel to breakers, forth on the godly sea, and

We set up mast and sail on that swart ship,

Bore sheep aboard her, and our bodies also

Heavy with weeping, and winds from sternward

Bore us onward with bellying canvas,

Crice's this craft, the trim-coifed goddess.

 

 

Imię czarodziejki Kirke pod koniec pierwszego zdania „Pieśni” naprowadza na kurs „Odysei”. W tłumaczeniu zniknęła zupełnie wieloznaczność Crice’s craft. Sosnowski przetłumaczył craft jako gra, czyli skojarzenia z muzyką i z grami. Natomiast craft to oczywiście okręt, ale także zręczność, sztuka w znaczeniu nie tyle artystycznym, co zręcznościowym właśnie, więc może raczej sztuczka.

A więc nasze wejście na okręt, postawienie żagla, początek podróży (każde czytanie jest podróżą) zainspirowane jest przez czarodziejkę, Kirke. To ona nadaje kierunek. A kieruje żeglarzy prosto do krainy śmierci.

Odyseusz, włóczęga. Jak zauważa Bauman, Odyseusz to archetyp Europejczyka. Europejczycy – włóczędzy, podróżnicy, kolonizatorzy, awanturnicy, to oni odkrywają cały świat. Nie było odkrycia Europy – pisze Bauman – było odkrycie Ameryki i innych, ale nikt nigdy nie odkrył Europy. W żadnej innej kulturze poza europejską (a więc i amerykańską) nie istnieje odpowiednik słowa –awanturnik- z jego pozytywnym wydźwiękiem. Awanturnik to łowca przygód. Przygoda, adventure to coś pożądanego, coś czemu chce się wychodzić naprzeciw, coś, bez czego życie jest nudne. Przygoda, jako fundament Europy – brzmi paradoksalnie, Bauman jest przekonujący z tą przygodą.

Relacje znajomych mi podróżników mają wspólny element – ludzie z innych kultur poza euroamerykańską – nie rozumieją, dlaczego my tak lubimy podróże, po cholerę komu wspinać się na tę górę obok wioski, na której nikt z tej wioski nigdy nie był, bo przecież tam nic nie ma. Nic pożytecznego.

Odyseusz podróżuje nie dla łupów, nie po to, żeby kogoś podbić, nie ma też konkretnego celu, po prostu nie bardzo chce mu się wracać do domu i do osiadłego życia.

Ten obraz, ten motyw – wyobraź sobie, że wsiadasz na okręt, żaglowiec, wiatr wieje w żagle, za chwilę okręt odbije, popłyniesz gdzieś w nieznane, nie wiesz gdzie, nie masz żadnego celu, może za rogiem czeka cię śmierć, może wyspa skarbów, może nic, niespodzianka jest w środku przygody. Jeśli jesteś Europejką/Europejczykiem, jeśli jesteś Odyseuszem ten obraz będzie dla ciebie kuszący. W kulturach azjatyckich, afrykańskich, rdzennych amerykańskich, australijskich – ta pokusa jest rodzajem głupoty.

Przygoda to także przygoda intelektualna, to także wychodzenie w nieznane przy pomocy umysłu i wyobraźni, może nawet bardziej. Ciągłe wychodzenie poza ustalony obraz świata, ustalone prawdy to też odyseja. Można zabłądzić, można zginąć, ale się poszukuje – CZEGOŚ.

Jest w tym i zbrodnia i krew i niszczenie osiadłych cywilizacji i łupieżcze kolonie i cynizm i europejskie wojny. Ale jest i druga strona.

Odyseusz nie zostaje oceniony, nie jest osądzony. Ani na plus ani na minus. W „Odysei” nie ma niczego takiego jak ocena postępowania głównego bohatera, nie ma żadnego wskazania ze strony opowiadającego. To po prostu jest.

Wsiadamy więc na okręt. Chcemy tego, chociaż nie mamy pojęcia, co nas czeka, a obawy są jak najgorsze.

Wywołać w sobie to uczucie, kiedy się wchodzi na pokład, decydując się.

Kraina Kirke to czarodziejski raj na ziemi. Poczucie bezpieczeństwa, przyjemności, dostatek wszystkiego, rajska wyspa, nic dziwnego, że są tacy, co chcą zostać tu na stałe. Odyseusz też nie jest bynajmniej ascetą. Korzysta z upojnej gościnności czarodziejki przez okrągły rok. Rozkochuje ją w sobie. Łotr. Uczty, taniec, wino i śpiew. Nie trzeba o nic się martwić, szukać żadnych wyzwań, ryzykować, nie trzeba już niczego szukać, można tu zostać.

Kirke ma jedną nieprzyjemną cechę. Przemienia ludzi w świnie.

A Odys mówi, że chce do domu. Że chce na morze i płynąć do domu. Nie chce więcej u Kirke. Na Odysie ciąży jednak przekleństwo, z jego powodu nie może trafić do domu.

Kirke mu ulega (a może to tylko gra z jej strony, jej zręczność). Daje mu wszystko, czego mu potrzeba na drogę i wysyła do Hadesu, do krainy zmarłych (później, u Dantego, Hades to Piekło, stąd wskazywanie, że podobnie jak w „Boskiej Komedii”, podróż przez „Pieśni” Pounda zaczyna się od przejścia przez Piekło), aby tam wywołał ducha zmarłego wieszczka tebańskiego Tejrezjasza i zapytał go o drogę.

Ryzyko jest ogromne, bo z Hadesu się nie wraca, a wyjątki potwierdzają regułę. Reguła jest taka, że kto raz tam wszedł, nigdy stamtąd nie wyjdzie, nawet jeśli będzie mu się wydawało, że już wyszedł. Ryzyko jest ogromne, bo trzeba zaufać Kirke, która jest piękna i w ogóle cudna, ale... Rozważając wszystkie okoliczności można powiedzieć, że decyzja Odyseusza i jego załogi (niektórzy zostali) jest szaleńcza, brawurowa, na krawędzi (warto zwrócić uwagę, że wszystkie te trzy określenia w naszej kulturze kojarzą się dobrze).

A więc to uczucie, kiedy wchodzisz na pokład tego okrętu, który za chwilę pozostawi za sobą rozkosze czarodziejskiej wyspy i ruszy do ponurej krainy śmierci w nadziei, że uda mu się ją opuścić. Wnosisz, jako członek załogi owce, które, za radą Kirke, zostaną zabite, gdy dotrzecie do celu, a ich krew przywabi umarłych. Ani te owce, ani ty nie wiesz, co cię czeka.

Ciała są ciężkie od łez, bo szkoda zostawiać to wszystko za sobą, wiedząc, że najprawdopodobniej, że prawie na pewno już nigdy tego nie zobaczysz. A jednak się decydujesz. Choć masz wolną wolę. Jednak nie chcesz tu zostać. Płaczesz za tym, a jednak wchodzisz na ten ponury statek, stawiasz maszt, czujesz już zapach dalekiego morza, na którym zdany jesteś całkowicie na łaskę bogów jedynie. Odpływasz, pięknowłosa Kirke żegna nas z dziwnym uśmiechem.

 

klemens : :
cze 24 2005 Stachura i Wojaczek w Hypernovej
Komentarze: 0

Miałem bardzo przyjemny wieczór literacki pod takim tytułem. Nie spodziewałem się, że mogę tak umilić ludziom czas, występując.

Diaskop dawał nieostry obraz, z taśmy dźwięk szedł przyspieszony, gubiłem kartki, większości różowych baloników nie nadmuchałem, ponad połowę konfetti przyniosłem do domu, i półtorej serpentyny. Nikogo nie zapraszałem, a przyszli. Było super.

klemens : :
cze 21 2005 Moja Pszeherezada
Komentarze: 1

Męczę każde zdanie. Siedzę nad jednym zdaniem 10-15-20-30 minut. Poprawiam, przestawiam, dodaję, kasuję. Myślę o stu rzeczach, które mógłbym robić. Ucieka, ciągle ucieka. Czasami to idzie tak przeraźliwie ciężko.

Nieustanne rozkojarzenie. 1000 myśli. 1001 nocy.

Szukam brzmienia. I połączeń.

Bolą mnie wszystkie mięśnie od siedzenia. Mam nerwowe odruchy.

 

klemens : :